Defender of the Crown – gra dla której kupowało się Amigę

blog-dotc

„Defender of the Crown”. To był pierwszy tytuł jaki odpaliłem w okolicach 1990 roku na swojej nowiuteńkiej Amidze 500. Wcześniej miałem Małe Atari i poważnie wyglądające gry widywałem tylko w magazynie „Top Secret” ( w „Bajtku” dalej forsowano 8-bitowce i udawano że świat jest z nimi piękny ). W moim bloku tylko jeden typ miał Amigę, ale był nadętym bufonem i nie zapraszał kolegów. Przy „Defender of the Crown” nagle okazało się, że istnieje bogatsza paleta barw niż 4 kolory, a postacie na ekranie przypominają rycerzy a nie zbitą na miazgę plamę pixeli. Muzyka z czołówki pieściła moje uszy i zapalone nerdy do dziś ją wspominają. Grałem cały dzień jak w transie i nie reagowałem na dziesiąte z kolei krzyki mamy „Do cholery, obiad na stole !!!”. W końcu nikt nie mógł mi przeszkodzić w zdobyciu korony Anglii – walczyłem na miecze, rozbijałem mury zamków katapultą i oczywiście brałem udział w turniejach. Do dziś nie wiem jak trzeba było przejść fragment z walką na kopie. Po osiedlu krążyły różne opinie – jedni udawali że wiedzą jak uderzyć w przeciwnika, inni olewali ten turniej bo „ch.. komputer oszukuje”. Większość w tym ja po prostu klikała myszką po przeciwniku w ciemno, a nuż się uda. W każdym razie prawda zniknęła w mrokach retro.
Wisienką na torcie było ratowanie dam z opresji, które szybko przestawały być grzecznymi dziewczynkami i chętnie oddawały się swojemu wybawcy. Widać było tylko cienie postaci, ale kolegom dla ubarwienia opowiadało się że cycki latają po ekranie. Ta gra jest dla mnie czymś wyjątkowym i wciąż poluję na kompletny egzemplarz na ebay’u. Ofert jest sporo, ale niestety sprzedawcy liczą sobie gruby pieniądz, więc na razie pozostaje mi wspominać obrazki w internecie.