Top 5 mordobić z automatów

arcade-beatem-up

Pięć chodzonych mordobić z automatów w które nie mogłem zagrać w domu

Cadillac’n’Dinosaurs – obowiązkowa pozycja w wakacyjnych kurortach. Hasło „idziemy na Kadilaki” cementowało znajomości i łączyło całe kolonie dzieciaków

Punisher – mordobicie z prawdziwym twardzielem w roli głównej oraz jego kumplem Nickiem Fury ( nie mniejszy kozak ). Na równi z wypłacaniem ciosów pięściami używało się pistoletów i karabinów. Konkretna i grywalna sieczka

Captain Commando – futurystyczny klimat nie za bardzo mi podchodził, ale jak kolega zapraszał do gry to się nie odmawiało. Najlepsze co zapamiętałem z tej gry to możliwość używania wyrzutni rakiet kładącej na ziemię całe grupy wrogów i korzystanie z kroczących robotów. W takim tandemie nikt nas nie mógł zatrzymać.

Vendetta – definicja tego gatunku. Akcja umieszczona w mieście pełnym zakapiorów z obowiązkowym etapem w podejrzanej dzielnicy pełnej nocnych klubów (w bramach damy lekkich obyczajów). Do tego czysta przyjemność używania zebranych broni takich jak kije baseballowe, maczety a nawet strzelby

Tower of Doom – na koniec mój absolutny faworyt. Gra którą rozpracowałem z kumplem na wszelkie możliwe sposoby. Przede wszystkim kupiło mnie połączenie RPGowego Dungeons’n’Dragons z chodzonym mordobiciem. Cztery postacie do wyboru, klimat klasycznego fantasy, system zbierania i używania przedmiotów oraz możliwość wyboru kilku ścieżek ukończenia gry. Męczyłem ten tytuł miesiącami i doszedłem do takiej perfekcji że miałem wianuszek gapiów za plecami kiedy docierałem do ostatniego bossa na jednym żetonie.

  • christof

    Z mordobić „chodzonych” to dodałbym jeszcze „Final Fight”

    • Kosiciel

      Ale w Final Fight można było pograć w domu 🙂