Piłeczka

Stare komputerowe piłki: seria Kick Off, Microporose Soccer, Striker, Italy’90. Wszystko to bladło w porównaniu z Sensible Soccer. Niezliczone godziny na treningach i rozgrywaniu domowych turniej, także z kumplami (z odwiecznym pytaniem kto tym razem gra Brazylią?). Kombinowanie z optymalną taktyką, nerwowe szarpanie joyem przy podkręcaniu piłki i bluzgi rzucane do kumpla który jak wiadomo „musiał jakoś oszukiwać”

P.S. Jebać mundial w Katarze i tych skorumpowanych sprzedawczyków z (tfu) FIFA.

Rodzina Top Secret

Od lewej pierwszy z rodu Top Secretów, obok niego ostatni i ten reanimowany. Numer premierowy wydany w październiku 1990 roku to było objawienie. Wreszcie mogliśmy położyć łapy na piśmie tylko dla graczy, bez całej tej techniczno-programistycznej otoczki jaką drukowali na łamach Bajtka i Komputera. To właśnie od TSa zaczęły się moje comiesięczne pielgrzymki do kiosku i męczeniem sprzedawczyni czy dowieźli nowy numer?

Regularnie kupowałem kolejne wydania, które zresztą mam do dzisiaj aż w końcu pewnego smutnego dnia we wrześniu 1996 roku dość niespodziewanie magazyn upadł. Chociaż przez jakiś czas nie miałem o tym pojęcia bo i nie było skąd się dowiedzieć co tam się dzieje w redakcji. Człowiek się łudził że to chwilowy przestój, ale  jednak gdzieś oficjalnie podano informację, że TS się zwinął z rynku. Było mi oczywiście szkoda tego weterana rynku prasowego, ale z drugiej strony miałem comiesięczna pulę konkurencyjnych czasopism więc na brak lektury nie mogłem narzekać.

Pod koniec 2002 roku dość niespodziewanie magazyn wrócił do kiosków w nowych szatach ze starą (częściowo) ekipą na pokładzie. Jak dla mnie nie był to specjalnie udany come-back i jakoś nie szalałem z radości. Zresztą z numeru na numer (a wyszły całe cztery) przyjęło taktykę zmniejszania objętości przy jednoczesnym wrzucania większej ilości towaru na płytkę dołączaną do pisma. Coś nie wypaliło bo cała ta huczna reaktywacja zakończyła się nagle i bez żalu.

Streets of Rage

Na Amidze miałem garstkę dobrych chodzonych mordobić w których można było przebijać się przez miasto pełne oprychów. Były Final Fight, Double Dragon i Renegade. Pojawiły się tez inne tytuły, ale szkoda było na nie zużywać joystick tym bardziej, że człowiek w emocjach gry nie oszczędzał manipulatora. Ciągle brakowało mi nowych produkcji z tego gatunku wiec z zazdrością spoglądałem w kierunku konsol, które gdzieś tam pojawiały się w mojej okolicy. Na takim Mega Drive była  trylogia Streets of Rage za którą dałbym się wówczas pokroić (z naciskiem na dwójkę) byle zagrać w to we własnym domu. To w końcu kapitalna kwintesencja chodzonych mordobić. Cztery postacie do wyboru, etapy rozgrywające się w podejrzanych dzielnicach, obskurnych barach, opuszczonych placach budowy i nocnych klubach. Czyli wszędzie tam gdzie dało się porządnie oberwać po gębie. Mozolna przeprawa „ciągle w prawo” to ciągłe oklepywanie kolejnych fal przeciwników za pomocą lewych sierpowych i kopniaków z okazjonalnym użyciem argumentów w postaci rury kanalizacyjnej albo bejzbola. Do tego oczywiście tryb dla dwóch graczy w pełnej kooperacji „Ty trzymasz lewą stronę ekranu, Ja prawą”. Te wszystkie ochy i achy dane mi było rozgrywać we własnej wyobraźni, ewentualnie w lokalnym salonie gier gdzie była dostępna wersja automatowa SOR. Ale że zabawa w takim miejscu mogła się skończyć prawdziwym strzałem w twarz to raczej byłem tam okazjonalnym bywalcem. Jako namiastkę emocji miałem jeszcze kilka obrazków z gry w jakimś niemieckim czasopiśmie o konsolach, które gdzieś cudem dorwałem. Trylogię Streets of Rage porządnie ograłem dopiero w czasach współczesnych najpierw na emulatorze a potem na własnej Mega Drive. Wrażenia jak za starych dobrych czasów

Box

Któż nie dopychał łokciem dyskietek w pudełku żeby tylko zmieściło się ich trochę więcej? U mnie zawsze było ich ponad normowy stan. Dodatkowo notorycznie gubiłem ten cholerny kluczyk, który na szczęście dość szybko się znajdował gdzieś w szufladzie biurka.

Company – atarowskie wykopalisko z szuflady

Ostatnio zdarzyło się coś wyjątkowego. Markowi z naszego Loadingu udało się znaleźć w szufladzie dawno zapomnianą dyskietkę do Atari na której była nagrana gra napisana przez jego tatę gdzieś pod koniec lat 80-tych. I to nie jakaś prosta strzelanka tylko rasowe RPG! W tytule ‚Company” jest zawarta wyprawa przez niebezpieczną krainę zamieszkałą przez fantastyczne istoty z którymi nasza dzielna drużyna toczy niezliczone boje. Jak przystało na ten gatunek całość okraszona jest tabelkami, statystykami, ostrymi jak brzytwa toporami i efektownymi zaklęciami. Gra nigdy nie została oficjalnie wydana. Ba! Na oczy widziało ją zaledwie kilka osób i wydawało się, że przepadała na zawsze. A jednak dziś możemy na powrót ją uruchomić i zanurzyć się w ten niesamowity 8-bitowy świat magii i miecza. Zobaczcie koniecznie materiał z pierwszego na świecie let’s playa Company 🙂

Larry

W tej obskurnej sypialni zaraz zacznie się akcja. Larry gotowy i zabezpieczony (gra nie dopuszczała figli bez zdrowego rozsądku) czeka na wykonanie zadania. Chociaż fikołki odbywały się za zasłoną czarnej kotary z napisem „Censored” to moja nastoletnia wówczas wyobraźnia potrafiła dokładnie przedstawić tą scenę. Trochę taka edukacja seksualna na 16-bitach