Giganci Walki 2

Bazarowe wydanie filmu „Giganci walki 2” – produkcja USA, niemiecki dubbing i polski amatorski lektor. Nie kojarzę tego dzieła z osiedlowej wypożyczalni, ale może i dobrze bo nawet 30 lat temu bym tego nie przełknął. Statyści z łapanki, kobiety komandoski i teatralne gesty w obliczu śmierci.

Operacja Wilk

 „Ukojenie nerwów po całym dniu szkoły. Palec nie schodzi ze spustu. Stosy trupów, hektolitry krwi, tony żelastwa”. Tak Bajtek opisywał Operation Wolf, grę, która jako jedyna w historii tego pisma wylądowała trzy razy z rzędu na pierwszym miejscu listy przebojów. Nie ważne czy miałeś wtedy 8- czy 16-bitów (no chyba że było to małe Atari 😉 ) – mogłeś niczym Chuck Norris w Zaginionym w Akcji wrócić do Wietnamu żeby odbić z więzienia kilku zaginionych amerykańskich żołnierzy. Kto grał ten wie ile w tym tytule było adrenaliny i filmowych emocji

James Bond: Misja Retro

Najsłynniejszy agent Jej Królewskiej Mości James Bond wielokrotnie gościł na ekranach komputerów i konsol. Z różnym skutkiem. Część jego wirtualnych misji była mocnymi średniakami opartymi na filmowej licencji, ale trafiło się też kilka naprawdę udanych tytułów. W nowym odcinku Loadingu przyglądam się historii gier z 007 w roli głównej

Jatka na ekranie

Hurrraaa na smoka!!! …. Jeb….Moonstone wyrwał mi klika solidnych godzin z kalendarza, szczególnie starcia z tą czerwoną bestią. Dwa, trzy nieostrożne ruchy i rycerz zamieniał się w kupę popiołu. Podobnie pamiętne były krwawe jatki z kolejnymi przeciwnikami: rozbryzgi czerwonej juchy po podłożu, rozczłonkowywanie wrogów i odcinanie głów. Tyle emocji na trzech amigowych dyskach

Loading na Sierpień

Szykują się dwa nowe materiały na kanale Loading. Pierwszy dotyczyć będzie historii gier wstrząśniętego, ale nie zmieszanego agenta 007 (w wydaniu 2D). Odcinek już nagrałem i zmontowałem więc w piątek 7 sierpnia możecie wypatrywać go na YouTube. A w dalszej części miesiąca będzie dostępny materiał o powstaniu gry (a nawet trylogii) Eye of the Beholder.

Salony gier nad morzem

Kiedyś na wakacjach obowiązkowym punktem programu było odwiedzenie lokalnego salonu gier w którym tłukło się w czystej krwi zręcznościówki. Najlepiej z kumplami z kolonii gdzie w grę wchodziło wspólne przechodzenie Cadillacs and Dinosaurs, mini turnieje w Street Fighter 2 albo rozpracowanie w tandemie dowolnej strzelanki gdzie jeden kieruje samolotem a drugi przyciskami pruje z działek i zrzuca bomby. Dzisiaj takie miejscówki zupełnie się zmieniły. Chyba nad morzem/w górach nie ma już lokalów ze starymi automatami. To co znalazłem na urlopie to kilka przybytków w których powtarzały się gry z gatunku „naparzamy celownikiem po ekranie” albo jakieś wyścigi z grafiką rodem z PS3. Jak dla mnie zero emocji. Klimatu z lat 90-tych nie da się podrobić – nikt nie kroi z żetonów, nie ma wianuszka obserwatorów patrzących „jak grasz”, nikt nie udziela rad jak przejść bossa, a lokal nie jest przesiąknięty dymem z papierosów 

Młody biznesmen

W młodości próbowałem razem z kolegą rozkręcić „biznes” komputerowy. Jako że znowelizowana ustawa o ochronie praw autorskich w kontekście oprogramowania jeszcze nie weszła w życie to pomysł było oczywisty – otwieramy osiedlowe studio komputerowe gdzie za drobną opłatą nagrywamy gry na małe Atari i Amigę.

[Czytaj dalej…]

Ten jeden etap

Infiltrator – duża gra na małe Atari. Duża bo nie mieściła się w jednym ładowaniu z taśmy więc oficjalnie wyszła tylko wersja dyskietkowa (chociaż C64/ZX miały swoje kasetowe porty gdzie etapy dogrywały się po kolei). W Polsce sprytni piraci próbowali przyciąć grę tak żeby można było ją sprzedawać na taśmie. Wyszło tak, że działał tylko pierwszy etap… Ale do cholery jak on wyglądał! Misja zaczynała się za sterami super śmigłowca bojowego, którym nasz agent musiał dotrzeć do bazy nieprzyjaciela. Zadanie niby tajne ale można było zrobić dużo hałasu odpalając po drodze rakiety do wrogich celów. Grafika ryła beret bo w której innej 8-bitowej grze widać było tak precyzyjnie wykonaną kabinę z rękami pilota trzymającymi wolant? Na dodatek w tle rozpościerał się elegancko narysowany krajobraz z górskimi szczytami na horyzoncie.  Dla podkręcenia klimatu można było sobie zaserwować jakiś odcinek Airwolfa i tyle wystarczyło do dobrej zabawy.

Doom na „gołą” Amigę 500

Jednym z głównych powodów dlaczego w 1994 roku przesiadłem się z Amigi na PC była chęć ogrywania coraz to nowszych FPSów. To była wiodąca platforma dla tego gatunku. W moje ręce wpadały kolejne tytuły – Doom II, Dark Forces, Duke Nukem 3D, Hexen. Przy okazji czytając recenzje w prasie  obserwowałem co dzieje się w tym temacie na rynku amigowym. A tam pojawiały się coraz to nowe „klony Dooma” – Alien Breed 3D, Breathless, Death Mask, Cytadela. Dla mnie był to krzyk rozpaczy i próba zaklinania rzeczywistości bo te gry nie miały szans dogonić ciągle postępującej ewolucji gatunku na blaszakach. Amiga po prostu nie nadawała się do takich produkcji. „Gołe” wersje A1200 nie miały wystarczająco dużo mocy pod maską żeby zapewnić płynność rozgrywki. Trzeba było inwestować w różne dopalacze żeby komputer był w stanie pociągnąć płynną animację na ekranie większym niż ten o wielkości znaczka pocztowego. Ale wreszcie jeden facet robi konwersję Dooma, która działa na zwykłej A500. Po prawie 27 latach od premiery tej gry okazało się, że jednak się da… Na giełdzie to będzie hit! Szykujcie dyskietki