Jaskiniowcy

To jest Chuck. Chuck Rock, posiadacz solidnego mięśnia piwnego zwanego też kałdunem taktycznym. Inne cechy charakterystyczne to mocno wysunięta szczęka i zaczeska z czubku głowy. Jest mocno wkurzony bo ktoś mu porwał babę i teraz musi iść ciągle w prawo przez epokę kamienia łupanego żeby odzyskać swoją lubą. Niby platformówka jakich wiele, ale z takim bohaterem, że chciało się grać bo przecież nie wypadało odmówić chłopu pomocy w jego arcyważnej misji

Heart of China

A na weekend zapraszam do obejrzenia mojego nowego materiału na temat powstania przygódówki Heart of China. W programie wycieczki bitka w Hong Kongu, szalona przejażdżka czołgiem i spalony kotlet w Orient Expresie.

Wolf

Dobra klasyka odpalona na odpowiednim sprzęcie zwiększa wrażenia. Kiedy szef nie patrzy pracownik może postrzelać do nazistów. Byle miał co najmniej AT pod maską. Fajny ten PieC, niestety nie mój

Potęga graficznych detali

Wolfchild na Amigę. Jedna z dziesiątek produkcji, która pokazywała, że ten sprzęt można traktować w kategorii komputero-konsoli. Gra niczym wyciągnięta z Mega Drive albo SNESa z dynamiczną akcją, rozwałką hord przeciwników, paralaksą tła i przywiązaniem do graficznych detali – bohaterowi z w stylu wokalisty zespołu Europe wiatr rozwiewał włosy w zależności od kierunku w którym się poruszał.  

Dr. Jones jak mniemam?

Chyba lepszej wiadomości, a nawet dwóch w tym tygodniu nie będzie. Do życia wraca Lucasfilm Games oraz nowa gra z serii Indiana Jones od Bethesdy. Póki co zaserwowali jedynie krótki teaser co moze oznaczać 3 lata czekania na gotową produkcję. Ale ciary są, emocje się gotują, jest nadzieja w tym szalonym świecie

Zestaw

Stare i chyba mało znane zdjęcie kasetowych składanek na Atari prosto z giełdy komputerowej na Grzybowskiej w Warszawie. Ktoś sprytnie powielił kilka razy okładkę kasety z zachodniego zestawu gier żeby zrobić wrażenie na klientach, a właściwe tytuły wypisał flamastrem na opakowaniach. Ale w sumie to lepiej bo w takiego Hackera albo The Last Star Fighter warto było zagrać w przeciwieństwie do niektórych tytułów Smash Hits! Widoczny tam Robin Hood był prawdziwym guanem niewartym jakiegokolwiek zainteresowania. Kto miał Atari to pewnie pamięta ten niegrywalny crap w którym zlepek pikseli mający przypominać legendarnego banitę biegał bez celu po kilku planszach.

Latająca forteca

Tak można było sobie podbić wrażania z gry. Najpierw seans na VHS „Ślicznotka z Memphis”, następnie lektura grubej instrukcji i wreszcie odpalenie B-17 na Amidze albo jeszcze lepiej PC. Kolejne etapy to: dreszczyk emocji czy aby któraś dyskietka nie padła, półgodzinny lot bombowcem nad Niemcami połączony z opędzaniem się od wściekle atakujących Messerschmittów i na sam koniec próba posadzenia wielkiej uszkodzonej maszyny na pasie startowym.