Multiload na Atari XL

Gauntlet – jedna z nielicznych znanych mi gier na małe Atari nagrana w systemie multiload. Ponieważ program byłza duży żeby wczytać się do pamięci za jednym podejściem więc każdy etap był wgrywany osobno. Gracz 5 minut, przechodzisz do kolejnego levelu i pyk „proszę wczytać dalszą część”. Giniesz gdzieś dalej w grze i cyk „Przewiń kasetę do początku i wgraj grę”. Tym sposobem pół wieczoru schodziło na obserwowaniu licznika w magnetofonie. No i Gauntlet zajmował obydwie strony kasety co zwykle dało się spożytkować na kilka innych solidnych tytułów

Tajemnice Małpiej Wyspy

Chociaż brytyjski Retro Gamer publikował już artykuły o The Secret of Monkey Island to ten z najnowszego numeru to prawdziwa wisienka na torcie. Na 30-lecie premiery gry przygotowano syte 14 stron na temat powstania tej genialnej przygodówki. Polecam jak diabli (można nabyć wersję elektroniczną lub zamówić z Empiku)

[Czytaj dalej…]

Gra w 5 minut

Retransmisja trzeciego loadingowego odcinka na żywo w którym opowiadaliśmy o grach, które sami wybieraliście. Pojawiło się kilka starych dobrych hitów jak tytułów o których świat gier prawie zapomniał.

Mapasoft

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przerobienie atarowskiego magnetofonu na system Turbo było błogosławieństwem. Przede wszystkim skracał się czas wczytywania gier z dwudziestu minut do kilkunastu sekund. I zamiast 3-4 programów na stronę (albo jednego dużego) wchodziło ich przynajmniej 10. Przeróbkę miałem zrobioną w krakowskim Mapasofcie, kultowej miejscówce gdzie przez wiele lat zaopatrywałem się w soft przechodząc ścieżkę od małego Atari przez Amigę, aż wreszcie PC. Sklep miał swoją atmosferę, na niewielkiej powierzchni zawsze kłębiło się sporo nastolatków którzy po lekcjach przyjeżdżali po nowe gry. Z „firmowego” zeszytu wypisywało się na kartce tytuły do nagrania i po odczekaniu wracało się do domu ze świeżym towarem. Mapasoft zniknął nagle na przełomie tysiąclecia, teraz jest tam inny sklep komputerowy. Próbowałem skontaktować się przez nich z byłym właścicielem chcac zapytać o kilka rzeczy apropo działalności firmy, ale póki co na maila nie odpisuje.

„Video-Film”

Miałem okazję odwiedzić ostatnią wciąż działającą wypożyczalnię filmów w Krakowie czyli „Video Film”. Wydawałoby się, że takie placówki w dzisiejszych czasach nie mają racji bytu, a tutaj proszę – firma istnieje od 1991 roku i jest otwarta 365 w roku! Udało mi się przeprowadzić wywiad do kamery z jej właścicielem Panem Janem, który jest przemiłym człowiekiem i pasjonatem kina. Rozmawialiśmy o początkach działalności, ekspansji rynku VHS, klientach, zapisach na „nowości”, przejściu na DVD i o tym kto dzisiaj przychodzi wypożyczać filmy. Pełny zapis rozmowy oglądniecie tej jesieni oczywiście na Loadingu

[Czytaj dalej…]

Zabójca PC-tów

Jak tam wasze stare PCty? Dały radę uciągnąć Strike Commandera? W momencie premiery w kwietniu 93 roku gra wyglądała obłędnie, ale wymagała też konkretnej konfiguracji żeby móc oglądać te wszystkie graficzne fajerwerki na ekranie. Działo się tam wiele – oznaczenia na samolotach, widoczne podwieszone uzbrojenie, tekstury na modelach, plastyczny teren i miasta, które wreszcie nie wyglądały jak zlepek kilku brył rozrzuconych na szarej płaszczyźnie. To był ten wizualny realizm na który czekało się tyle lat. No pod warunkiem, że nad miastem leciało się nad odpowiedniej wysokości, bo z bliska teren wyglądał jak rozpaćkana breja tekstur. Na deser był jeszcze wirtualny kokpit, który pozwalał na swobodne rozglądanie się po kabinie. Kosmos. Objętość gry? Bagatela 35Mb w czasach kiedy przeciętny PC miał na pokładzie 100Mb twardziela… Oceny 100% w kategorii grafika, dźwięk, miodność w recenzji Secret Service powodowały, że jako amigowiec nie spałem po nocach. Strike Commandera ograłem wreszcie pod koniec 94 roku już jako dumny posiadacz 486DX2. Detale mogłem sobie ustawić na full

30 lat Małpiej Wyspy

Mija 30 lat od premiery Secret of the Monkey Island. Gry w której bohaterem był nieopierzony chłopak Guybrush (imię dostał po nazwie pliku z programu Deluxe Paint), któremu marzyła się kariera nieustraszonego pirata. Już na początku wielkiej przygody zgasił go lokalny zakapior z wyspy Mêlée wróżąc mu co najwyżej karierę konserwatora powierzchni płaskich, cokolwiek to znaczy. Ale młodziak postanowił z zapałem zrealizować swój cel. Po drodze w pojedynkach z piratami używał ciętego języka zamiast szpady, dał się wystrzelić z armaty (dwa razy), kupił przechodzoną łajbę, wynajął leniwą załogę i sprawdzał krzywiznę banana na zagubionej karaibskiej wyspie. Zupełnie przypadkiem znalazł też miłość swojego życia i pogonił do diabła herszta korsarzy Le Chucka (który jak to bywa powrócił w sequelu) . Małpią Wyspę zwiedzałem na Amidze przez jakiś czas grając bez opcji Save Game (serio nie wiedziałem gdzie się robi zapis) więc za każdym odpaleniem programu przechodziłem wszystko od zera. I nie pamiętam żebym się nudził. Do pomocy miałem opisy z TS’a i Computer Studio do których zaglądałem w krytycznych momentach. Naprawdę ponadczasowy tytuł.