Arcade po Polsku

Wóz Drzymały – kwintesencja polskiego salonu arcade lat 80-tych. Typowe miejsce w którym odkrywało się nowe lepsze wirtualne światy, które czasami o lata świetlne wyprzedzały to w co można było zagrać w domu na poczciwym 8-bitowcu. Bywalcy posługiwali się specyficznym żargonem: kopsnij blaszkę, daj przejdę ci, mogę panu strzelać?, zaraz będzie baza, lutuj tego typa i wiele innych. Powietrze szczególnie latem było gęste od emocji z nutą zapachu przypalonej elektroniki. Można było zyskać sławę przechodząc na jednym żetonie po kilka etapów albo wyjść na solo z gościem który próbował wysępić od ciebie drobne. I do tego właściciel lokalu, pan i władca siedzący w kantorku, sprzedający żetony do raju za ciężko uzbierane kieszonkowe (albo zabrane małolatom).

Konsolowiec

Konsola w Polsce lat 80-tych to była pełna egzotyka. Jeśli ktoś posiadał taki Master System jak na zdjęciu to mógł liczyć na uznanie na dzielni. Większość tytułów wyglądała lepiej niż na 8-bitowych komputerach więc tworzył się efekt posiadania salonu gier we własnym domu. Chociaż z drugiej strony kartridży nie dało się w zasadzie nigdzie kupić (zmieniło to dopiero nadejście Pegasusa) ani nie było się z kim wymieniać. Trzeba było przez kilka lata tłuc w 2-3 gry. Dostać taką konsolę w prezencie od rodziny zza granicy to trochę taka niedźwiedzia przysługa. Jednak w szerszej perspektywie wolałem zostać przy swoim Atari

Kajko i Kokosz

Ponieważ na Netflix wjechał dzisiaj pierwszy sezon animacji Kajko i Kokosz. Zrobiłem sobie szybką powtórkę kilku klasycznych albumów żeby przypomnieć sobie jak bardzo ich przygody podobały mi się w przeszłości. Komiksy wciąż trzymają wysoki poziom, a serial lepiej lub gorzej próbuje oddać ducha oryginału. Przede wszystkim średnio podoba mi się styl graficzny przypominający stare animacje flashowe przez co na ekranie jest zbyt sterylnie. Momentami wygląda to też tak jakby postaciom zabrakło narysowanych kilku klatek. Udźwiękowienie jest na poziomie większości naszych dubbingowanych filmów czyli niektóre głosy są tak teatralne i nierówno zmontowane (raz za głośno, raz za cicho), że aż niezrozumiałe więc cześć dialogów ucieka. Całość ratują klimat, postacie i oczywiście sentyment. Werdykt surowego sędziego – 7/10  

Teenagent

Dzisiaj jest podobno 26-ta rocznica premiery polskiej gry Teenagent. Piszę „podobno” ponieważ różne źródła wskazują inne daty. W każdym razie Teenagent był pierwszą rodzimą grą z gatunku przygodówek w którą zagrałem bez krzywienia się. W końcu wcześniejsze spotkania z dorobkiem Lucasartsu oraz Sierry powodowały, że moje oczekiwania co do nowych tytułów point’n’click były wysokie. I nic z naszego podwórka mi nie podchodziło. Dość niespodziewanie produkcja Adriana Chmielarza przyciągnęła mnie do ekranu i jak pamiętam dobrze się przy niej bawiłem. W którymś momencie w moje ręce wpadł nawet oryginał bo chciałem w ten sposób uhonorować twórców gry dorzucając im kilka złotówek do skarbonki. Dziś jest na GOGu do zgarnięcia za darmo wiec warto się jej przyjrzeć jeśli nie mieliście okazji w przeszłości

Postrzeleńcy

Kolejka za biletami na Goonies. Podobny ogonek tworzył się pod drzwiami naszego mieszkania kiedy rodzina i sąsiedzi chcieli obejrzeć „Postrzeleńców” na świeżo nabytym magnetowidzie marki Otake w 87 roku (najlepiej w maratonie z Rambo, Commando i Akademią Policyjną). Goonies to była obowiązkowa pozycja na VHS po której obejrzeniu z kumplami biegało się po osiedlu w poszukiwaniu guza i wielkiej przygody. U nas na krakowskim Białym Prądniku za statek piracki robił stare młyn z czasów zaborów. Złota tam nie było, ale pojawiły się takie skarby jak fajki, piwo oraz pisemka dla dorosłych

Wikingowie

Prawdopodobnie najfajniejszy fragment amigowego Heimdalla – rzucanie toporem w sznury rozciągnięte wokół głowy niewiasty. Trafić łatwo nie było bo kursor mocno pływał po ekranie, a jak wiadomo niecelny rzut kończył się tragedią. Finalną wersję gry w trosce o młodocianych ocenzurowano i wymowna krwawa scena była dostępna tylko w wersji przedpremierowej udostępnionej dziennikarzom.

C64 w świecie Marvela

Tymczasem w piątym odcinku serialu WandaVision można podziwiać piękny zestaw Commodore 64. Komputer, monitor i stacja dysków – model 1541, prawdziwa nieporęczna cegła w dodatku z powolnym odczytem danych. Ale przynajmniej świetnie komponuje się z resztą elementów. W kadrze widać jeszcze pudełko na dyskietki 5.25 zapewne z przegródkami dzielącymi tematycznie nośniki na  „programy użytkowe, wyścigi, strzelanki, labiryntowe, strategie”

Zadyma na jednośladach

Road Rash – ktoś miał dobry pomysł żeby połączyć wyścigi motocyklowe z bijatyką. Trzeba było nie tylko pędzić na złamanie karku lawirując w ruchu ulicznym przy okazji uciekając policji, ale też częstować konkurentów pięścią, solidnym kopem albo bejzbolem. Wygrywał ten który wykazał się lepszym refleksem na drodze i miał parę w łapach. Road Rash trafił też na nasze półki w postaci oryginalnego wydania w Kolekcji Klasyki Komputerowej. Wtedy wydawało mi się to bezsensowną sprawą. Raz, że na giełdach gra była dostępna od przynajmniej roku więc kto miał zagrać już dawno to zrobił, a dwa wydawać kieszonkowe na zręcznościówkę? Kupując dowolny symulator albo strategię przynajmniej dostawało się solidną instrukcję i jakieś dodatki, a tutaj w pudełku latały tylko dyskietki i parę kartek opisu.